Wylinka


Ziarno ziemi

No i, moi drodzy, niespodzianka. Wszystko się zmieniło. Czyli trochę, ale najważniejszego. I schodzi lawiną.

A było to tak.
Jakieś dwa miesiące temu zadzwoniła do mnie przyjaciółka. Porozmawiałyśmy sobie. Przez godzinkę.

Dla człowieka, który zna mnie od 23 lat, brzmiałam w najwyższym stopniu niepokojąco. Jakbym mówiła z grobu, albo coś równie ożywionego.

Przyjaciółka po godzinie otrzepała się z lekkiego przerażenia moim stanem ogólnym dobrym i szerokim spektrum nieszczęść, jakie wyliczałam swobodnie i ze swadą osoby od lat siedzącej na wieczku puszki Pandory, kuzynki po mieczu.

Otrzymałam następnie polecenie służbowe w formie przyjacielskiego zaproszenia. Zaproszenie dotyczyło wyjazdu na wiosenne warsztaty dla takich jak ja. Natychmiast. Żeby coś zmienić i otrząsnąć się trochę.

Ale ja niejednemu psychoterapeucie z kozetki spadłam. I nie raz odszczeknęłam w nienagannej psychoterapeutycznej polszczyźnie. I oszukałam każdego, na koniec dając zakaz fotografowania i pole minowe. Ofukałam więc przyjaciółkę wstępnie, bo takie jak ja nie bywają na warsztatach, podczas których ryzykowałyby wymianę oprogramowania emocjonalnego. Takie jak ja, ogromnie lubią swoje oprogramowanie i widzą w nim nieprzebrane bogactwo dla archeologii własnej. Biskupin dzieciństwa na przykład. Nie oddam. Lubię sobie stanąć we własnym muzeum histerii naturalnej i popatrzeć na siebie w formalinie. Ala ma kota, a Tola ma tablet. Przecież nie porzuca się siebie w nieszczęściu, nawet jeśli stare. To palto Doroty, więc palto Doroty ludzkie noś.

Przyjaciółka była jednak nieugięta, a ja w końcu dałam się przekonać wizją pierwszego od lat samotnego tygodnia. Wakacje od wszystkiego. Oczywiście, jak zawsze, bałam się, że nastąpi totalna katastrofa, a świat zadławi się okruszkiem bezglutenowego chleba już godzinę po moim wyjeździe. Skądinąd, ciekawe, dlaczego matki tak mają. Ale mniejsza o to.

Pojechałam zatem na wakacje od ról i stanowisk. Jadłam Polskę, jadąc na polsko-czeską granicę, a mój jaskółczy niepokój siadał na wiosenną zieleń i ryzyko niejasnej zmiany, wiozłam go jak samą siebie, nieodłączną kulkę sierści w brzuchu. Ciała nie wzięłam, bo z zasady nie noszę.

Po wejściu na warsztaty przywitałam się i bez ostrzeżenia rozwinęłam się wewnętrznie, a przecież nie chciałam. W wyniku rozwoju wyjmowałam skrzydła, spadochron, płatki maku. Wszystko pogniecione i niebieskie.

W środku mnie było mnie ogromnie dużo. Kiedy wypadałam z siebie, czułam, że jestem hiszpańską spódnicą, wiruję, zamiatam skrzydłami powietrze. Nie wiem dokładnie, ile to we mnie zmieniło. Wiem jedno: odzyskałam punkt oparcia i ciało.

Bawiłam się jak dziecko. Tańczyłam i stałam do utraty tchu. Nie obserwowałam i nie rozumiałam. Wróciło mi czucie w skórze, w oczach, w języku. Zbierany latami słownik zetlał i opadł.

Ludzie, ja byłam. Byłam.
Bez planu. Bez terminu. Bez dedykacji. Bez wyroku.
Człowiek przed właściwościami.
Odwinięto mnie.
Wstecz.

Nic nie pochodziło z mojej szkoły reżyserowania wydarzeń.
Nic.

Wszystko o mnie zostało opowiedziane nowym językiem. Nie będę się nim posługiwała, bo nie w tym rzecz, ale wydarzyło się coś kapitalnego: każdy kawałek mnie nabrał nowego znaczenia. W nieobecnym od lat i zmartwiałym od niegdysiejszej przemocy ciele pojawiła się masa nowej energii. Odrosły mi ręce, nogi, brzuch, plecy, szyja. Wszystko moje, czujące, własne. Spodobałam się sobie okropnie. I urosło mi w środku wewnętrzne lusterko. Widzę od kilku tygodni inaczej, patrzę z innego punktu. Patrzę całą sobą.

Widzę się.
Przestałam się zachowywać.

Idę, wszędzie niosąc siebie.
Jestem jednocześnie bardzo mała i bardzo dorosła. Trwałam dotąd w stanie zawieszenia, który był jak taras widokowy i punkt zaawansowanego nieuczestniczenia w świecie.

Teraz - jakbym się adoptowała, uciekające dziecko z przeszłości. Staram się dać samej sobie wszystko co najlepsze. Poczuć świat i siebie. Wygasły, przynajmniej chwilowo, rozmaite ceremonie, jakimi podejmowałam każdy dzień swojego życia, które nie bardzo potrafiłam żyć naprawdę. Latami dryfowałam, budzący współczucie głodny pies pośrodku rwącej rzeki, proszący, nie bijcie, przecież prawie tonę.

Wyświetlałam sobie smutny film o niszczeniu całej mnie i było mi mnie samej tak okropnie żal, mogłabym płakać tak bardzo, jak bardzo nie mogłam na siebie patrzeć. To był smutek XL, rozmiar, który kupowałam dla siebie i poniesionych przeze mnie ofiar, razem z ofiarami byłyśmy w talii takie grube i brzydkie. Podczas warsztatów spadł ze mnie potężny ciężar, mierzalny w centymetrach, nagle mieszczę się w M.

To, co przeżyłam, było bardzo urealniające.
Czuję się jak wytrzaskana po pysku łania.
Jak zawsze, wydarzyło się w ostatniej chwili.
Zanim.

Nie ma w tym nic ponad uczucie bycia w środku samej siebie.
To uczucie składa się z prostych rzeczy. Słyszenie, widzenie, czucie, smakowanie.

Myślę o tym, że być może właśnie taka byłam, kiedy byłam naprawdę bardzo mała. Zanim jeszcze zaczęłam się starać zachowywać tak, żeby zasłużyć na aprobatę. Jaki nakaz przyjęłam? Który zakaz wzięłam za swój?

Musiała mnie przez lata przykryć gruba warstwa kar i nagród. Ledwo mnie było widać.
Patrzę na siebie, zdumiona.

Na to, co mi się mimowolnie mówiło i jeszcze mówi, do dzieci, do innych.
Z moich słów bije lęk.
Lęk, w którym mnie wychowano.
Żebym się zachowywała. Bo Pan wszystko widzi. Pan Bóg, Pan Nauczyciel, Pan z Czarnym Workiem. A Pan Jezus Cię kocha i prosi o Twój numer telefonu.

Lęk dziedziczony, lęk tych, którzy się bali.
Oglądam sobie spokojnie przeszłość mojej rodziny i własną.

Lęk, nasz krajowy wyrób życiopodobny.
Elektryczny pastuch do łatwego zarządzania narodem. Tymczasem naród siedział w kucki i płakał, przypomniał sobie, że tata bardzo krzyczał, kiedy naród był mały.

Czytaliście "Folwark polski", rozmowę z Andrzejem Lederem?

Czy my, Polacy, dążymy do zmian? Jak o nich myślimy?

Jesteśmy raczej ciągle niespokojni, boimy się stracić. Skromni i cisi zbieracze korzonków i mrzonek, a jednocześnie nie sięgamy po więcej. Żeby nie wypadło nam zza pazuchy dotąd znalezione, kiedy schylimy się po nowe. Lęk, dużo lęku. I marzenie, żeby dostać zwolnienie od obecności we własnym życiu.

Ja przestałam się bać. Albo raczej - zawiesiłam lęk.
Patrzę teraz na nowo i powstrzymuję lękowe słowa i lękowe decyzje. Wygaszam automatyzmy, które dostałam w posagu.

Mówię rzeczy, które bałam się wcześniej powiedzieć.
Postanawiam jak nie postanowiła dotąd żadna z kobiet w mojej rodzinie.

Zacznę nowe.
W ich imieniu.



Komentarze

  1. Najpiękniejsze zmartwychwstanie jakie się może wydarzyć.
    Płoną stosy zwolnień z obecności.
    Coś wspaniałego i wznoszącego dla mnie czytającej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Padam od tego powstawania, bo wszystko nowe.
      Ale wiesz, jakie to niesamowicie fajne uczucie?
      Mam 38 lat i znienacka - nowe nawyki.
      Uśmiecham się jak osesek :-)))

      Usuń
  3. Cały czas się uśmiechałam, czytając Twoje słowa. Niejako czekałam na nie :) Jakoś zawsze czułam, że to się zdarzy. Że gdzieś pojedziesz, siadziesz w kręgu i zmiana, nie ta przegadana na kozetce, zacznie się dziać! Wiedziałam, że to się stanie!! Szłaś do tego prosta drogą :)
    Ogromnie się ciesze, nawet nie wiesz jak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uśmiecham się do Ciebie szeroko. Ty wiesz, co krąg potrafi zdziałać.

      Usuń
    2. Oj tak! Obrać ze skorupki jak jutrzejsze jajko :)))

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Jaskółeczko, widzę Twój serdeczny uśmiech :-) I mi tak miło, że aż nie wiesz :-)

      Usuń
  5. A ja podziwiam po wielokroć. Za odwagę decyzji, za odwagę czynu, za odwagę mówienia o tym. Siedzę w kącie i patrzę jak migoczesz. Ach! Cud nad cudy! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :* Cuda, mówię Ci. Takie piękne uczucie, pływałam jak zaśniedziały karp, a teraz - samo srebro. W środku jest fajnie :-)

      Usuń
  6. Ale w jakim to czasie! Cudnie!
    Nie umiem chowac pod pazuchę. Umiem tylko pełnymi garściami. Odkąd się drugi raz urodziłam (czyt. w dniu urodzin mojego syna) postanowiłam, że nie nie słowami, a pokazywaniem jestem mu winna... Dlatego tak ślepo dążę do marzeń. Tak stąpam wielokrotnie po gruntach grząskich i nijakich. Tak lepię woskiem skrzydła i staram przesiąknięta mitem o Ikarze lecieć odpowiednio wysoko i nie za nisko, a spadałam nie raz. Nie zawsze jak ten przysłowiowy kot. Tyłek mam miękki więc bolało. Ale nieustannie idę w swoja górę. Czego niniejszym Tobie życzę. leć WYSOKO!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maryś, masz wielką moc. Przeczytałam Cię dziś dużo. Masz moc.

      Usuń
    2. Kiedy dorastałam do siebie (wiesz z pączka) chodziłam krok w krok za kobietami. Mądrymi, wielkimi, małymi, niezwykłymi i takimi o których nie wie, że istnieją. Każda najmniej o dekade starsza była ode mnie. A ja szukałam w nich prawdy. O życiu, o sobie, o losie. Nieustannie - bo w domu nie było mi dane. Ale jestem poławiaczem pereł. Uczyłam się jak warto, co trzeba, czego nie. Jestem buntownikiem grzecznym. Ładnie się kłaniam w pas, ale myślę swoje. Mam pokorę, która mi ułatwia ścieżki - kładzie na nich szeroki miękki dywan. Ale i bunt. Taki wewnętrzny sprzeciw na wszelki wypadek. I wiesz... Kiedy patrzę, zaglądam przez ramię tu do Ciebie i wiele niezwykłych miejsc - to aż mnie korci by Wam wybudować raj. Żeby mieć moc sprawczą do wiary w siebie, w Wasze JA, żeby iskrzyło, piszczało. Ale tak jak Ty zawsze piszesz (w mojej interpretacji) mały nam kobiet wokół siebie. Tych odnalezionych. Tych, co radośnie w gronie zasiadają by cieszyć się wschodami i zachodami, bez ustanku. Aaaa tak napisałam. Bo ja nie przestanę myśleć i marzyć o tym, że napiszesz książkę. Zapiski swoje na serwetce, "pudełku zapałek", wydasz i ja wtedy cała dumna jak paw usiądę i poczytam. No jak jasna cholera (wybacz) wierzę w to!

      Usuń
    3. Dobrze.
      Odpowiadam Ci, spokojnie przełączając się pomiędzy plikiem z książką a blogiem. Robię to. Po zdaniu. Ja już też w to wierzę. Sprawia mi największą radość - pisanie.

      Ja dopiero teraz chodzę krok w krok za kobietami. I za Tobą blogową przecież też, uczę się od Ciebie spełniania marzeń i pracowitości.Patrzę u wszystkich znajomych kobiet na wielość sposobów życia, uczę się, słucham opowieści, żeby wrócić do siebie, z odpowiedziami, których mi brakowało. Potrzebowałam tego już wiele lat temu, dlatego teraz czuję nieprawdopodobną radość, że to się dzieje.

      Wiesz, po ostatnich niesamowitych wydarzeniach międzyludzkich, po pięknych prezentach, jakie dostałam pocztą listonoszową, pomyślałam niedawno, że w poprzek przestrzeni, po przekątnej internetu uzbierała się cała wysoka kamienica niesamowitych sąsiadek i sąsiadów. I że można wpadać do siebie na historię. To jest takie dobre uczucie. Dużo świata. Równolegle z blogiem wyszłam z domu, chodzę rozmawiać, spotykać się, wymieniać. Wielki apetyt na ludzi.

      Buntowniku grzeczny z pasem z pereł.
      Uczę się od Ciebie pilnie, bo - robisz.

      Usuń
  7. Wracam i wracam, zastanawiam się czy ja też tak bym mogła. Wiem, że zastanawianie się, to najgorsze co w tej sprawie można zrobić
    Moje oprogramowanie zdecydowanie odrzuca takie pomysły. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogłabyś, mogła. To się robi wbrew oprogramowaniu. Idzie się dalej, niż było się przez ostatnich wiele lat. I wtedy okazuje się, że trafiło się najbliżej, jak się da, do środka siebie. Jakie to jest kapitalne uczucie. Wszystko inaczej stamtąd wygląda. Podlega innej, od lat nieznanej ocenie. Ale nawet to pal licho, pal licho oceny. Najdziwniejszy efekt uboczny wiąże się z decyzjami, z postanowieniami o robieniu. I z robieniem. Znamy wszyscy sam środek trudnej chwili, coś, w czym główną rolę odgrywają emocje, gdzie się płacze, krzyczy, czuje upokorzenie, ból psychiczny, strach. Tam najczęściej jedzie się starym scenariuszem. Schodzi lawina emocji i już. Po sprawie. Jest gorzej, albo wszyscy nie żyją, ale katharsis dwa dni później, a potem znowu. A po warsztatach nagle, jako efekt uboczny, przychodzi ogromny spokój. Dystans. Obserwacja. I niesamowite zrozumienie tego, że można taką sytuację przeprowadzić, poprowadzić na wiele sposobów. I wtedy wybiera się to, co naprawdę chce się, żeby się stało. I dąży się do tego. I to jest zmiana na taką skalę, i tak głęboka, że wiele najtrudniejszych dla mnie rzeczy po prostu inaczej we mnie umocowała. Jakby mi ktoś remont w głowie zrobił. Mam dużo miejsca w głowie :-) Nie wiem. Pobyłam sama ze sobą bardzo blisko. I z grupą też, to bardzo dobre przeżycie,, spotkać grupę dorosłych ludzi w trakcie życiowej zmiany. Słyszeć społeczne echa i rymy i swoją odrębność zarazem. Przedziwne. Masę uśmiechu mam w sobie teraz. Masę po prostu. I co innego od ludzi słyszę. I energia mi wróciła, nie ta do robienia prania, tylko taka - do życia samej siebie. Więc pozdrawiam serdecznie Twoje oprogramowanie i wiesz. Ono jest Twoje. Możesz je zawieźć dokąd chcesz :-).

      Usuń
  8. Witam - z jak wielką, własną przyjemnością przeczytałam o obudzeniu się siebie, jak w Tajemniczym Ogrodzie, wielkie, małe cuda:) Życzę Ci wszystkiego dobrego, pięknego, bo mądre już masz- siebie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Kalino, wzruszyłaś mnie, bardzo.
      Cieszę się, że napisałaś, bo dzięki temu trafiłam do Ciebie, a tam tak ładnie, w nowym życiu Kaliny. Idę w te malwy, czytać dalej!

      Usuń
  9. "Tylko grzecznie!" Nie wiem, ile razy usłyszałam to w dzieciństwie. "Nie przeszkadzaj pani, panu, sąsiadce, babci...". Mam wrażenie, że byłam najgrzeczniejszym dzieckiem w powiecie, któremu nie przyszłoby do głowy komukolwiek przeszkadzać. Kuliłam się w sobie, starając się zajmować swoją osobą jak najmniej miejsca. Wysoki poziom lęku zmniejszałam szukając akceptacji u innych, odgadując, a nawet wyprzedzając ich myśli. Nadskakiwałam i przytakiwałam. Cały czas byłam grzeczna i broń Boże, nie buntowałam się przeciwko nikomu i niczemu. Jak długo? 39 lat. Od roku, powoli, staram się przeprowadzać małe zmiany. Krok po kroku. Idzie mozolnie, ale zawsze do przodu. Odkrycie, że można czasem być "niegrzecznym" - niesamowite.
    Bardzo lubię Cię czytać i czasem zastanawiam się, skąd wiesz, co siedzi w mojej głowie?
    Trzymam kciuki i życzę dalszego odkrywania siebie.
    MaryLoo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ mną to zdanie szarpnęło:
      "Wysoki poziom lęku zmniejszałam szukając akceptacji u innych, odgadując, a nawet wyprzedzając ich myśli. Nadskakiwałam i przytakiwałam."

      Wyprzedzanie myśli innych.
      Sedno.
      Moje.
      I myślę, że złota klatka Polek, najlepszych obrończyń patriarchatu, jak w kapitalnej rozmowie mówi Maria Janion.

      Ależ mi tym wyprzedzaniem cudzych myśli otworzyłaś szeroko pamięć.
      Muszę o tym napisać.
      Bo wiesz, mamy jedną głowę.
      My tutaj.

      Do porozmawiania!

      Usuń
  10. Piękne, mocne tu i teraz.
    Cieszę się ogromnie!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz