piątek, 17 lutego 2017

Badania terenowe nad ulubioną cechą płciową, najchętniej trzymaną oburącz

Shellma :-)

Dzień dobry.
Jestem.

Nadlatuję z pytaniem międzypokoleniowym.
O słownik wstydliwy.

Jak w dzieciństwie zalecano Wam nazywać posiadany bądź wykryty u innych narząd płciowy?

Czy rozmowy "o tym miejscu" prowadzone były naturalnie i głośno, czy w zupełności zakazane? Rozmawiały babcie? Mamy? Ojcowie? Dziadkowie? Rodzeństwo? Ferajna z podwórka albo kumple z przedszkola?

Wchodziliście w dojrzewanie i dorosłość z niezmąconą pewnością, że narząd płciowy posiadać jest dobrze i przyjemnie, czy raczej staraliście się nie nosić go ze sobą?

Nad tematem i słownikiem dotyczącym oprzyrządowania płci własnej i przeciwnej unosiło się sacrum, profanum, zapaszek lub siła nieczysta, ryzyko napaści, biologia?

Chciałabym machnąć sobie tutaj hobbystycznie wspólne badania terenowe.
Co nam wmontowano w głowy.
I czy do dzisiaj się to za nami w jakiś sposób ciągnie.
Indywidualnie, pokoleniowo, narodowo, kontynentalnie, epokowo.

Jak to pamiętacie?
Zupełna swoboda i brak barier czy trauma, słownik nieistniejący, zdenerwowanie?

Bardzo jestem ciekawa, co nam wyjdzie.
I czy wszystkie kolanka razem i ręce na kołdrze.

To zapraszam do mikrofonów, ja zaczynam:
Otóż nie miałam cipki.
Mama nie kazała.

A jak to ze lnem było u Was?


4 komentarze:

  1. Sisia, sisiak (u brata).
    Tematu nie było, bo przecież on (ten temat) nie istnieje ;)
    Nikt nie uczył, o niczym nie miałam pojęcia.
    Rocznik 75.
    Masakra :D

    OdpowiedzUsuń
  2. u mnie babcia nie kazali ale mama też nie była zainteresowana moją cipką...
    a wiesz, że tradycja jest zachowana w narodzie...

    OdpowiedzUsuń
  3. U młodszych braci były siusiaki, a u mnie była "pupa i przód". Tematu nie było. Rocznik 75.

    OdpowiedzUsuń
  4. A u mnie w domu padało słowo 'seks'. I różne inne;-) Była cipka, pitucha, siusiak, fiutek, a w razie potrzeby bardziej medyczne słownictwo. Nie było zaaranżowanych rozmów uświadamiających, w zasadzie nie pamiętam momentu, w którym dowiedziałam się, co do czego. Po prostu dorastałam z wiedzą adekwatną do mojego wieku. Nie zasłaniano mi oczu przy każdej najlżejszej nawet scenie miłosnej w filmie. Dopiero teraz, mając 36 lat, dociera do mnie, jaką gigantyczną pracę wykonała głównie moja mama, wychowana właśnie metodą "rączki na kołdrze", bo tak samo wychowana była jej mama. Dzięki temu wiem, jak rozmawiać z własną córką, choć ma dopiero dwa lata.

    OdpowiedzUsuń