czwartek, 24 listopada 2016

Pisanie to rodzaj milczenia

Zofia Rydet, cykl "Kobiety na progach"

Dziś prosto.
Piszę, bo czuję się bardzo samotna.

I nie ma w tym niczego złego.
To raczej surowe zdanie sobie sprawy, kim jestem.

Urodziłam się z mówieniem w środku. Z tą odmianą mówienia, która nie przedstawia, lecz stwarza i psuje.

Moje mówienie mało opowiada.
Mam niewiele historii.

Ale może gdybyście słyszeli, co mam w głowie. Może to by trochę. Wyjaśniło.

Ja nie ufam słowom, choć nie w tym ostrożnym znaczeniu, gdzie sprawdzam, czy przez wiotką rękę Doroty przewieszono palto.

Ja mówię mówieniem.
Nadużywam, tasuję, żeby to rozszczelnić i żebym mogła wyniknąć, przyjść spomiędzy.
Milczę również. Przenoszę pomiędzy wersami. Skracam.
I kasuję.

To jest mój język.
Tylko tamtędy przychodzę.

Trudno ze mną rozmawiać, mnie samej jest trudno.
Ten wpis też się nikomu nie przyda.
Jablonex.

Ale taka jestem.

I jest mnie nieograniczona ilość i mogę zawładnąć. I wzniecić.  Jakie dziwne.
Bo u mnie tak cicho.

Nie mam siły już niczego nikomu tłumaczyć.
Może trzeba mnie trzymać w szkle, jak kulkę rtęci.
Może nie da się mnie złapać w palce.

To nie jest żadna moja poza i manipulacja.
To jest wewnętrzna pozycja wobec języka i świata, migotanie, taka się urodziłam, nie da się we mnie tego naprawić, zastąpić.

To jest dla mnie ważne, tam jestem.
Nadwyżka, coś zupełnie innego, coś obok.

Całe lata zapisuję słowa.
Układam i psuję.

Tak, raczej trudno się ze mną rozmawia, wyobrażam sobie, że ktoś chciałby zjeść jabłko, a ja nim żongluję. Jasne, że odłożę, podam, ale nie można mi zabrać wszystkiego, zupełnie nie będę tam sobą.

Rzadko, bardzo rzadko czuję się szczęśliwa, mówiąc.
Rzadko zrozumiana.
Prawie nie rozmawiam, zostali tylko najcierpliwsi.

Najszczęśliwsza jestem, gdy spotykam kogoś z tego samego ciemnego gatunku, przestaję wtedy myśleć, że już wyginęłam. Wtedy mogę nawet milczeć, przedstawiać, bo wiem, że nie zostanę wzięta za kogoś innego.

Pewnie, że w życiu zwykle nie chodzi tylko o mówienie.
Ale w moim chodzi.
W to się ubieram, w tym mieszkam, stamtąd przychodzę, tam wracam, tam można mnie znaleźć, jeśli szukać.

Poza tym jestem zupełnie normalna - w przerwach między uderzaniem słowami o słowa.
Można chyba wręcz nie zauważyć.
Kim jestem.

I jeszcze myślę, że mój cały blog wziął się z wielkiej samotności.
Powstał - i jest po to - żebym miała gdzie istnieć powiedziana.

Biorę na siebie własną śmieszność, swoje powtórzenia, to ciągłe stwarzanie, jakbym wychodziła w ogród z mikrofonem, konferansjerka egzystencjalna, z goździkiem w marynarce, sadzam publiczność, nie rozmawiam, mówię.

Pisanie to rodzaj milczenia.
Mówię w pusty ogród.
Raz, raz.



poniedziałek, 7 listopada 2016

Koniec sezonu ofiary



Niniejszym zamykam poprzedni kawałek życia. Skończył się.

Przyjęłam mnóstwo lekcji.
Serdecznych, obojętnych, surowych.

Nie wszystko się udało. Nie wszystko mogło się udać.

Ale najważniejsza okazuje się świadomość, że to ja nie wszystko dobrze zrobiłam.

Przez lata szukałam usprawiedliwień wszystkiego.

Teraz, dzisiaj, w tej chwili, na zawsze, przez kolejnych wiele lat i przez niekończący się korytarz pochopnej oceny sytuacji, na zawsze, naprawdę na zawsze biorę swoją pełną odpowiedzialność za siebie.

Za to co mówię.
Za to co czuję.
Za to co przyjmuję i za to co daję.
Za to co widzę i za to jak widzę i za to w jakim celu widzę, mówię, czuję.

Dotarcie tutaj było pełne ręcznie wypisanych usprawiedliwień.

Że taki kraj, tacy rodzice, taki czas, tacy mężczyźni, takie kobiety, takie przyczyny takich skutków.
Lata przydarzania się sobie.

Jakbym była statkiem bez załogi, jakbym była zwolniona z wchodzenia na mostek kapitański, jakbym nie musiała trzymać mapy, lunety, steru, żagla.

Płynęło mną. Byłam rozbijana o skały. Byłam żyta przez wszystko, co chciało mną żyć.

Wolna wola?
Czy myślałam o tym, że ją mam? Że decyduję? Że odpowiadam za to sama?

Ciężka lekcja.
Że to ja, a nie że mnie.

Jestem wychowanką wszystkich.
Gniewu.
Żalu.
Złości.
Radości, miłości, szczęścia.
Enumeruję, zbieram.
Zaskoczona obrotem swojej głowy.
Przejrzałam się w sobie. W motywacjach mojej decyzji, aby być nieszczęśliwa i obolała.
W motywacjach mojego zezwolenia na bycie poniżaną.

Koniec wysokiego sezonu ofiary.
Koniec okoliczności towarzyszących.
Koniec mnie jako osoby towarzyszącej własnemu życiu i mówiącej, patrzcie, co mi się stało i nie mogłam.

Oto jestem.
Ja.

Mogę, co chcę.
Myślę o tym, czego chcę.
Czego najszczerzej chcę.
Czego najszczerzej potrzebuję.
Jak chcę to osiągnąć.

Nie przez kurs wysokiej samooceny. Nie przez trenera rozwoju osobistego. Nie przez pigułkę szczęścia.

Przez samą siebie.
Robię siebie.
Żyję siebie.
Pracuję na siebie.
Wszystko okazało się składać z działania.
Ja okazałam się składać z działania.
Nie z charakteru, nie z przeszłości, nie z wad i zalet.
Okazałam się składać z pracy. Wykonanej i niewykonanej.

W tym sensie byłam dotąd o wszystkim, tylko nie o sobie.
Deklamowałam piękne scenariusze zmiany, nie robiąc nic [słownie: nic], aby je zrealizować, bo paradoksalnie również były tylko usprawiedliwieniem, deklaracją in blanco.

Nie policzyłam nigdy porządnie tego, co mam w sobie.
Nie myślałam dotąd o sobie jako o kapitale.
Zawsze liczyłam i zbierałam braki, rachunek strat był prowadzony najpilniej.

Teraz dość.
Nigdy więcej nie będę już proponowała niczego, co mnie przerasta i zjada. Nigdy już nie stanę na poranionej sobie, mówiąc, że ja, że wybierz mnie, że ja umiem najlepiej ze wszystkich żyjących i nieżyjących kobiet. Koniec przedstawienia pod ogólnym tytułem "patrzcie jak ślicznie się staram".
Koniec pękania z rozpaczy, że jednak nie jestem w stanie tego przeprowadzić, udźwignąć.

Będę robiła tylko tyle, ile naprawdę chcę i mogę zrobić.

Robię od niedawna to, co chcę robić.
Są to rzeczy małe.

Pokonuję: niechęć, lenistwo, strach, paniczny odruch ucieczki.
Planuję.
Plan obejmuje poranek, południe, wieczór.  I przyglądam się temu, jak nie dźwigam nawet takich drobnych planów.
W drobnych planach nie ma chrzanienia o natchnieniu.
W nierealizacji jest czyste niewstanie, niezrobienie, niepójście.
Patrzę cierpliwie na własne zaniechania.
Patrzę z bliska.
Na wzór.
Na to, po co jest mi ten wzór.
A jest po katastrofę.
Żeby mnie w niej było widać z daleka, tę, której tak ogromnie musiało się nie udać, że trzeba jej współczuć. Tej ugiętej pod brzemieniem ciężarów, które sama pilnie wkładała w kieszenie.

Nie ma żadnego usprawiedliwienia.
Nie robiłam.
Robiłam nie to.
Nie wtedy.
Płacę za to, zawsze z odsetkami.

Cholernie się narobiłam, żeby nie być w stanie marzyć.
Musiałabym wtedy włożyć wysiłek w robienie. W dążenie. W pilność.

Wiara w siebie?
Wiara w siebie bierze się z działania.
Sprawdziłam.

Jak robię, to wierzę i ufam sobie, jestem dla siebie godna zaufania.
Jak nie robię, to nie ufam. Proste. Niskie.

Dużo siebie widzę. Z takiego bliska. W powiększeniu.
Jestem w ogóle kimś innym.
Nie jestem bohaterką tragiczną.

Bardzo dużo brakuje mi do tego, żeby w 100% na samej sobie polegać.
Ale to również wiedza.
Wiedza o sobie redukuje lęk.
Wiedza o wzorze własnego działania redukuje lęk.
Pozwala wrzucić punkty do przerobienia, do poprawy.

Zrozumiałam też, dlaczego tak strasznie dużo kosztuje mnie utrzymywanie jakiejkolwiek relacji.
Jestem kimś, kto nauczył się na początku życia, że jako człowiek sam w sobie nic nie jest wart, że nie da się go lubić i kochać po prostu za to, że jest. Że można mieć przyjaźń i miłość dopiero wtedy, kiedy się na nie zasłuży, że trzeba ciągle coś przynosić w zębach, aportować. Że muszę udowadniać, i że muszę być niezastąpiona. I kulić się, przepraszać. Znam to, tak żyłam od wczesnego dzieciństwa.
Nie myślę tutaj o żadnej traumie, znowu: nie chodzi o wytrychy do usprawiedliwień.
Po prostu zobaczyłam siebie w szokująco prostym schemacie.
Wiem już, do kogo wołałam nim o przyjście, ale nie przyszedł.
Wiem też, jak pilnie nauczyłam się nie wyrażać potrzeb i sprzeciwów, a zamiast tego pękać nimi i przeciekać, cierpieć.
Umiem swój związek chemiczny.
Rozpisałam go.
Wiązania wielowartościowe, nietrwałe.

Zgęstniałam w sobie.
Jestem mniejsza i gęstsza, niż myślałam.
Do bólu zwyczajna.
I nie mogę nikomu dać nic poza tą zwyczajną sobą.
Przede wszystkim sobie.





poniedziałek, 10 października 2016

Obecni

Biancaneve by Romina Ressia

Niedługo staniemy wysoko, żeby wołać imię. Zostanie nam po tym, kto odejdzie. Będziemy mówić jego imię często, od mówienia nabierze obecności, ciała.

Razem z otwarciem ust, ruchem języka, układem warg, powietrzem odtworzymy tego, który nie pozostał, przyniesiemy go sobie w zębach, szczelinowo, aż przyklei się do podniebienia, osadzi się na fiszbinach głosek, będziemy go po trochu odławiać jak plankton.

Wyślemy za nim wszystkie nasze znaki, małe przywołania. Dodamy odsyłacze do szuflad, bibliografię szafy, zbierzemy w kartony i worki. Będziemy wołać, jak od urodzenia, o jeszcze jedno przyjście. Poskamlemy o domowo drobną referencję, odprawimy czary, aby przywołać ulubiony przedmiot odniesienia, będziemy inscenizować obecność, myśmy to studiowali od samych narodzin, tak jak i znikanie, szyfranci nieważnego, chwiejni sygnatariusze porozumienia a kuku, nawykli do zakrywania twarzy prześcieradłem. Tamci zawsze wracali, a myśmy się tak ładnie zanosili śmiechem.

Staniemy wysoko, żeby wołać imię. Powietrze będzie czyste, głos jak trzeba. Przyjdą chyba. Zawsze przychodzili.




niedziela, 18 września 2016

Balans bieli


Jestem jednorożcem, bo a. wyginęłam, b. kiedy mam się przed kimś ugiąć, rozcinam go rogiem, gdy pochylam głowę.

Z rozcięcia płynie biel.
Prawda.

Co się dzieje, kiedy nagle trzeba powiedzieć prawdę? Kiedy sama muszę powiedzieć prawdę?

Jaka jest moja prawda?
Jak ją znaleźć?

Siedzę twarzą do wszystkich, ale wydaje mi się, że to co ważne, mam zawsze za plecami. Nie wiem, czy zostawiłam to już za sobą, czy jeszcze się w tę stronę nie odwróciłam?

Może jestem wyłącznie strażniczką samej siebie? Tak surową, że jeszcze nie pozwoliłam samej sobie do końca się pojawić?

Nie mam potrzeb.
I nie mam granic.
Cichy sprzeciw w chwilach przekroczenia, ale to, czego dotyczy, wymyka mi się, wypadam sobie z rąk, nie widzę.

Może Wy zrozumiecie, co się ze mną dzieje?
Przyjdźcie i popatrzcie na mnie.
Ale na moich warunkach i w godzinach określonych w regulaminie.
Załóżcie ochraniacze i nie zniszczcie mnie, nie podchodźcie za blisko. Zakaz fotografowania.
Bo zniknę. 




wtorek, 14 czerwca 2016

Adhezja

by Mercedes Helnwein

Adhezja
zwykłe przyleganie

"Miarą adhezji jest praca przypadająca na jednostkę powierzchni, którą należy wykonać aby rozłączyć stykające się ciała."

Demostenes niósł kamienie w ustach
Virginia w kieszeniach

a ja jestem z wosku

same skrzydła
wypełnienie z pierza
trzepot albo pożar

ode mnie
wszystko
łatwo się odkleja